niedziela, 17 stycznia 2016

Wegańskie masełko do smarowania pieczywa

Witam Was w 2016 roku.


Założeniem moim tegorocznym jest zrzucenie zbędnych kilogramów, które sobie nazbierałam już dawno a towarzyszą mi, bo mam pracę siedzącą, prawie wcale się ostatnio nie ruszałam a jedzenie niestety nie było odpowiednio wyselekcjonowane. Ot, pośpiech, praca, brak czasu i efekty są.
Zaczęłam ćwiczyć (mam nadzieję, że wystarczy mi zapału, bo z tym u mnie kiepsko) i gruntownie wzięłam się za dietę. I nie chodzi tu może tylko o samo odchudzanie a raczej jedzenie posiłków bardziej wartościowych i dostarczających wszystkich potrzebnych składników. Ilość będzie ograniczona przez jakiś czas ale jakość absolutnie nie. Polubiłam się z Cron-O-Meter'em, choć nie wiem na jak długo, bo zapisywanie wszystkiego jest jednak czasochłonne. Dzięki tej znajomości dostrzegłam wyraźnie swoje błędy dietetyczne i zamierzam podążać lepszą ścieżką gastronomiczną :-)
Dieta wegańska nadal jest moim podstawowym sposobem odżywiania, choć miewałam i pewnie będę miewać różne wegetariańskie wyskoki i nie będę już zarzekać się, że nigdy więcej. 
Nadal przyrządzam większość potraw samodzielnie unikając półproduktów i dań gotowych.
Bardzo często gotuję "z głowy", bez przepisu, więc ciężko mi wówczas podzielić się z Wami sposobem na wykonanie takiej potrawy. Teraz, dzięki konieczności wpisania do Cron-O-Meter'a powstaje już lista składników, także jest szansa, że pojawi się tu w końcu coś nowego :-) Takie jest jedno z moich założeń, bywać tu częściej, ale ... nie obiecuję już po ostatnich wpadkach :-)

Dziś prezentuję z dumą zamiennik wszelkich tłustych smarowideł do chleba czyli wegańskie masło do smarowania pieczywa:

Kremowa pasta z fasoli masłowej (zwanej inaczej Lima)



Jak widać pudełeczko z zieloną pokrywką już wyjedzone :-) W białym opakowaniu jest ta sama pasta ale z dodatkiem dwóch łyżeczek drożdży nieaktywnych.
Po prostu pastę z poniższego przepisu podzieliłam na dwie części. ta bez drożdży poszła na pierwszy ogień a smakowo w zasadzie się wiele nie różnią, jedynie gładkością. Ta z drożdżami ma grudki.


Składniki:

1 puszka fasoli maślanej
60 ml oliwy z oliwek
2 łyżeczki soku z cytryny
1/4 łyżeczki soli

Wykonanie:

Do blendera wrzucić wszystkie składniki (oczywiście samą fasolę, bez zalewy) i blendować na jak najbardziej kremową masę (posiadacze mocniejszych maszyn będą mieli pewnie prawdziwy puch).

Oczywiście, że to nie to samo co masło. Jasna rzecz. Jeśli jednak szukacie czegoś czym można posmarować chleb i będzie to coś nisko tłuszczowego i bez paskudnych transów a także nie posiadającego samo w sobie żadnego konkretnego smaku, to jest to przepis dla Was.
Niektórzy powiedzą: "a po co w ogóle smarować chleb, można zrezygnować". Owszem, przypominam jednak, że nie każdy tak ma a chleb bezglutenowy zazwyczaj kruszy się i sypie w ustach i bez "poślizgu" bywa niefajny do jedzenia :-)

Jak się nauczę, dodam tabelkę wartości odżywczych z Cron-o-meter'a.

Pozdrawiam serdecznie kogokolwiek, kto zechce tu zajrzeć i życzę Wam i sobie abyście w końcu w tym roku mieli po co tu wpadać :-D

sobota, 3 maja 2014

Dzika surówka vol 2 czyli obiad za pół darmo :-)

    Zauroczona wprost smakiem i dostępnością tych dzikich roślin, popędziłam z rodziną w naszą piękną okolicę pozbierać tych smakołyków i w 10 minut powstała kolejna wersja surówki.
    Dzisiejszy obiad sponsorowały nowe dary natury: jedzone przez nas pierwszy raz męskie kwiaty sosny :-) Ciekawe doświadczenie, choć w przyszłym roku spróbuję ich wcześniej, jak będą bardziej soczyste.

Dzika surówka vol 2

Składniki

- 2 marchewki,
- 3-4 liście sałaty lodowej,
- kilka listków szpinaku (spore były),
- liście z dwóch roślin mniszka (mlecza),
- kilka mniszkowych kwiatów w pełnym rozkwicie,
- kilka listków babki lancetowatej,
- garść młodziutkich liści podagrycznika,
- kilka listków krwawnika,
- 3 łodyżki bluszczyku kurdybanka (cholipka mały jest u mnie jeszcze),
- kilka kwiatów męskich sosny,
- kilka listków szczawiu polnego,
- 2 łyżki uprażonego na patelni słonecznika (ziaren),
- jabłkowy sos vinegrette (ten sam co wczoraj, w surówce dzikiej vol 1)
i do tego przyprawy, tym razem: sól, pieprz cayenne, kardamon mielony, kurkuma, cynamon.

Marchewki starłam na drobnej tarce, sałatę, szpinak i resztę pokroiłam ceramicznym nożem, kwiaty sosny pocięłam na talarki. Dodałam słonecznik, lunęłam sosu, posoliłam, pozostałe przyprawy dawałam na czubek noża, choć kurkumy nie żałowałam. Wszystko zostało wymieszane i podane w towarzystwie ziemniaków w mundurkach i obtaczanych w drobnej kaszy kukurydzianej kotletów z teksturatu sojowego. Rzadko jadamy ten sojowy susz, bo niefermentowana soja nadal stanowi spór pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami. Smak surówki niepowtarzalny, uważać trzeba z przyprawami ( ja ciut przesadziłam, za mocno je było czuć).


Oskubane mniszkowe kwiecie już czeka w misce.

Dzika zielenina umyta czeka na skrojenie.

Zbliżenie na piękne kolory surówki.

Jeszcze większe zbliżenie na surówkę :-)

Pół dziki obiad w pełnej krasie gotowy.

Jak widać nie zbierałam sama :-)
A zbierałam w takiej dziczy :-)





Przy okazji przechadzka Doliną Raduni :-)


piątek, 2 maja 2014

Odkurzam bloga, mam nadzieję, że tym razem już na dłużej :-)

     Witam wszystkie wspaniałe osoby zaglądające tu pomimo braku nowości :-) Bardzo Wam dziękuję za obecność.

     Ponieważ minął prawie rok od czasu mojej tu ostatniej wizyty (brak czasu) i półtorej roku mojego "nowego", lepszego życia, mogę szczerze oświadczyć, że to co się zmieniło w moim jedzeniu i podejściu zwierząt było rzeczą najlepszą jaka mogła mi się przytrafić.

Zachęcam tych, którzy mają jakiekolwiek obawy, żeby śmiało spróbowali. Niezapomniana to przygoda, codziennie będziecie odkrywać nowe smaki, poznacie mnóstwo pysznych, zdrowych roślin, których wcześniej w ogóle nie braliście pod uwagę, a zupełnie nowe sposoby przyrządzania wielu dań otworzą przed Wami nieskończone możliwości. Dziś potrafię wyżywić się doskonale dosłownie za grosze i to o wiele zdrowiej niż gdybym przeznaczyła np. na śniadanie o wiele więcej pieniędzy a znacznie mniej wiedzy. Jedzenie jest wszędzie a im prostsze tym lepsze.

    W mojej wegańskiej drodze miałam troszkę skoków w bok i to teraz, w tym roku.. Nie dotyczyły mięsa w żadnym wypadku (ani ryb rzecz jasna), bo tego mi w ogóle nie brakuje. Po prostu z lenistwa czystego sięgałam po majonez z biedronki (czyli zawartość jajek bodaj 5%) i jakieś 5 razy w sumie skusiłam się na ser żółty kupiony przez moje dziecko. Jednak nie wpłynęło to świetnie na mnie, bo moja miłość do majonezu wyszła mi bokami i mam teraz trochę do zrzucenia :-(
Najgorszym grzechem, który mam na koncie to jedzenie margaryny, co mam nadzieję całkowicie wyplenić.

Dziś prezentuję dzisiejsze śniadanie:

Chleb bezglutenowy (kupny i niestety też winowajca mojego przytycia) pastą brokułowo-cebulowo-mniszkową oraz sałatka inspirowana "pasterską" z bloga "Przez rok nie kupię jedzenia"

Pasta brokułowa powstała dziś, z głowy, z potrzeby wrąbania czegoś pysznego na śniadanie.





Składniki:

- 2 nóżki brokułów i kilka różyczek ugotowanych po prostu na parze (pozostałość wczorajszego obiadu)
- 1 mała cebulka
- garść nie rozwiniętych kwiatów mlecza (czyli pączków)
- olej rzepakowy
- popping z amarantusa (czyli amarantus ekspandowany)
-sól, czarnuszka mielona

   Cebulkę posiekać i na rozgrzany olej. Zeszklić, zezłocić, doadć pączki mlecza, chwileńkę posmażyć (cebulka śmiesznie zmienia kolor). Brokuła, zawartość patelni, zmiksować w blenderze. Posolić, dodać czarnuszkę, dosypać tyle popingu ile trzeba do uzyskania dobrej, smarownej konsystencji (około 2 łyżek mi wyszło).

Do tego zrobiłam surówkę z dzikich roślin, którą trochę przesoliłam niechcący, ale to mi nie przeszkodziło w zjedzeniu całej michy :-)



Składniki:

- kilka listków mlecza,
- trzy łodyżki bluszczyku kurdybanka,
- kilka górnych części pokrzyw,
- kilka listków krwawnika,
- kilka listków podagrycznika,
- pół cukini,
- 3 liście sałaty lodowej,
- sos vinegrette jabłkowy (kupny, dostałam kiedyś) ale lepiej zrobić samemu, czyli do zwykłego zestawu oliwa + sok z cytryny i przyprawy dodać jabłkowego musu i gotowe
-sól, pieprz czosnkowy

Wszystko razem wymieszać, posolić /nie przesolić jak ja :-)/ doadać pieprz czosnkowy.
Gdybym miała czosnek niedźwiedzi dodałabym go do surówki i posypała ją zwykłym pieprzem.

Życzę smacznego :-)

Wczoraj zebrałam młode pędy sosen i kwiaty stokrotek.


Z pędów będzie syrop, przepis z bloga "Matka jest tylko jedna". Już stoi na słonecznym parapecie:


Stokrotki zostały ususzone.


poniedziałek, 29 lipca 2013

Fotorelacja z wegepikniku na Kaszubach :-)

Kilku członków trójmiejskiej wege grupy na Fejsie o nazwie Wege Trójmiasto spotkało się na wege pikniku nad Kaszubskim jeziorem w miejscowości Borowo k/Kartuz. Miałam przyjemność być wśród nich i strzelić kilka fotek :-)











A tu jeszcze kilka zapożyczonych zdjęć.

Tutaj moja ciecierzyca z kukurydzą, papryką i cebulką na styl meksykański podana z ryżem.





Tu ja na pierwszym planie  i moje wegańskie balerony :-)


Tutaj też ja, czerwona jak piwonia z gorąca jak zwykle :-)



sobota, 27 lipca 2013

Jak rozpoczęłam przygodę z warzywnikiem ...

     Wstyd się przyznać, ale jakoś ciągle mi się nie udawało założyć prawdziwego warzywnika. Mieszkam poza miastem już dwanaście lat, ale jakoś tak nigdy nie zabrałam się za to na poważnie. Główną przyczyną są wszędobylskie u nas piachy a co za tym idzie warzywnik to inwestycja. Dawniej myślałam jak większość: po co się trudzić, przecież to nieopłacalne, skoro można warzywa kupić. Jasne, że nie raz próbowałam to i tamto wyhodować ale z marnym skutkiem. Co roku coś tam się próbowało robić. Teraz, w moim "nowym życiu", widzę jak wielki popełniałam błąd. Jednak straconego czasu nikt już nie cofnie i trzeba po prostu iść dalej, więc w tym roku rozpoczęłam moją przygodę z warzywnikiem :-)

     Oczywiście, zapalonych ogrodników i wyjadaczy tematu od razu uprzedzam, że jestem na razie zielona (choć trochę wiedzy teoretycznej mam), więc proszę się nie chichrać ze mnie :-)

     Tak wyglądał mój ogródek w połowie maja. Piszę mój, ale wiadomo, że nasz, rodzinny przecież. Mężostwo dba o niego i podniesione grządki porobił i w ogóle :-)

Grządki są za mało podniesione, ale na początek postanowiliśmy podnieść choć trochę, bo i desek więcej nie było i ziemi kupionej mało.

Na początek poszły ogórki wysiane przez Teściową :-) i koper. Szczypior w głębi, to już moja robota.


Tu na samym przodzie rukola przesadzona z pojemników, w których została wysiana. Dwie bazylie zielone z sadzonek i cały rządek fioletowej dopiero wysianej. Dwie sadzonki kupne majeranku i całkiem na końcu kilka selerów także zakupionych (postanowiłam zakupić, bo moja zeszłoroczna ogromna produkcja sadzonek w domu została wybita w pień przez pleśń).
Gdzieś po środku trzy odmiany rzodkiewki, buraczki liściowe zielone i czerwone, szczawik, szczypiorek, pietrucha naciowa.


Trzecia skrzynia zawierała sadzonki gotowe cukini, kalarepy fioletowej i zwykłej, brokuła, i ogórków.


Nie wystarczyło już miejsca na trzy sadzonki pomidorków koktajlowych, więc zostały posadzone w dołkach wypełnionych dobrą ziemią. Kupiłam tak mało, bo co roku moje pomidorki atakowała pleśń i nich z nich nie było (w tym roku także niewiele się zmieniło, ale o tym dowiecie się z kolejnych postów o warzywniku).


Tak było w maju. Niebawem dalsze losy warzywnika i zdjęcia tego co udało mi się wyhodować :-)

Retrospekcja :-)

     Nawet do głowy mi nie przyszło w żadnym razie, że mimo braku zainteresowania z mojej strony, tyle osób będzie tu do mnie zaglądać. Tu i na Facebooku. Cóż, nie spodziewałam się tego. Przyznam. Byłam pewna, że przy moim braku czasu, zginę w morzu blogów i pies z kulawą nogą tu nie zajrzy. Jednak stało się inaczej za co byłym, obecnym i przyszłym bywalcom bardzo dziękuję! Wasza obecność zobowiązuje, więc postaram się nie zawieźć Was, przynajmniej nie tak bardzo jak dotąd :-)
     Z początkiem wakacji minęło pierwsze pół roku mojego weganizmu.
Kiedy ktoś pyta, odpowiadam, że łatwo nie było, ale to dla mnie niezapomniany czas. Mam wrażenie, że przez całe życie nie spróbowałam tak wielu ciekawych potraw. Wcześniej wydawało mi się, że dość względnie umiem gotować. Teraz jednak widzę jak bardzo się myliłam i wiem, że zawsze będę się mogła w kuchni czegoś nauczyć. Oczywiście kosztowało mnie to mnóstwo czasu. Z początku prawie wszystko z przepisów. Nauka gotowania strączkowych roślin i kasz (tak, tak, kiedyś też gotowałam, ale zupełnie nie tak jak teraz). Zrozumienie o co chodzi z tym roślinnym mlekiem. Pierwsze mleko sojowe i pierwsze tofu, które wyszło mega silken (czyli delikatne i kremowe), a które wylądowało w koszu, bo nie wiedziałam, że było ok. Bulion warzywny - to kolejna sztuka. Ugotować tak, żeby był aromatyczny i smaczny. Zrozumienie, jak wiele w kuchni zależy od przypraw i zupełnie inne do nich podejście.
Mnóstwo odkryć i wspaniałych sukcesów i co najważniejsze: jest SUPER!
Teraz mogę gotować bez przepisów, choć oczywiście korzystam z wynalazków innych wegan i wegetarian. Teraz wciąż dokształcam się w zakresie wartości odżywczych wszystkiego co rośnie i i jak najzdrowszego sposobu wykorzystania tego bogactwa. Oczywiście czasu zawsze mało, więc jeszcze wielu potraw w ogóle nie wypróbowałam. Wszystko przede mną :-)
     Poniżej wklejam zdjęcia wszystkiego wegańskiego co miało miejsce po upieczeniu tortu i co udało mi się uchwycić zanim zostało pożarte. Nie dziwcie się proszę. Początkowo jest tak wiele do ogarnięcia, że robienie sensownych zdjęć to już kompletnie nie wchodzi w grę :-)

WIELKANOC 2013

Koreczki mojej siostry :-)


Sernik zrobiony dzięki przepisowi Jadłonomii



Tort robiony tak samo jak poprzedni na podstawie przepisu Wege Żarłoka



Makowiec przepyszny dzięki Wege Żarłokowi



Ciasto z 5 składników dzięki Kindze Paruzel
(oczywiście zmodyfikowane: zamiast śmietany - mleko kokosowe, zamiast czekolady gorzkiej - kuwertura z Lidla, zamiast masła - margaryna)



Pasztet z grochu i ciasteczka makowe także z czyjegoś przepisu, ale teraz nie mogę znaleźć od kogo je wzięłam.






Dziękuję wszystkim, których tu wymieniłam i rzeszy ludzi, o których tu nie piszę, a których przepisy wykorzystywałam wiele razy :-)

Dziękuję wszystkim, którzy tu bywają! Uwielbiam WAS ♥ :-)
Follow my blog with Bloglovin